środa, 27 sierpnia 2014

Rozdział 1

Hej. Jestem Abi,"ukochana" córeczka najważniejszego biznesmena w USA. Pewnie myślicie że skoro mój ojciec zarabia miliony to żyje mi się jak w niebie. Jest wręcz przeciwnie. Opiszę wam moją historię. Więc mieszkam z tatą w wielkiej pustej willi w której można się zgubić. Moja mama zmarła krótko po porodzie. Od kiedy pamiętam mam opiekunki i prywatnych nauczycieli. Moimi jedynymi znajomymi są rozpieszczone dzieciaki współpracowników taty, rzadko chodzę na imprezy tylko na bale. Żyję tak już od 17 lat i mam tego dosyć. Byłam grzeczną dziewczynką i zgadzałam się na wszystko ale pewnego dnia dużo się zmieniło w moim życiu...
Spacerowałam po parku, oczywiście nie sama- gdzieś za mną szedł mój ochroniarz Jack.Nigdzie nie mogłam się bez niego ruszać bo przecież Nowy York to bardzo niebezpieczne miasto... Przechodziłam właśnie koło skate parku i obserwowałam różne tricki wykonywane przez chłopaków jak i dziewczyny. Przystanęłam na chwilę rozmyślając nad tym jakie oni mają wspaniałe życie. Robią co chcą, chodzą do zwyczajnej szkoły i mają wielu przyjaciół. Moje rozmyślenia przerwał głośny krzyk:
-Uważaj!- Zanim zdążyłam zareagować leżałam pod jakimś chłopakiem w kapturze.
-Przepraszam zamyśliłam się i cię...- nie zdążyłam bo Jack już go obezwładniał.- Jack! Cholera zostaw go!
-Jesteś pewna?
-Tak, puść go i trzymaj się umowy.
-Dobrze. Będę gdzieś w pobliżu.- Puścił chłopaka i odszedł.
- Widzę że tobie się nie udało wyrwać od ochroniarzy.
-C-co? Jak mi? A co z tobą? Też cię zawsze obserwują?- Zamiast odpowiedzieć na moje pytania zdjął kaptur z głowy.- Justin? Justin Bieber?
- We własnej osobie.- powiedział uśmiechając się.- zadajesz strasznie dużo pytań...
-Abi.
-Abi... Bardzo ładne imię. Przejdziemy się?
-Jasne.- Szliśmy rozmawiając. Czułam między nami jakieś podobieństwo. Rozumieliśmy się.-Jak udało Ci się pozbyć ochrony?
-Normalnie, uciekłem im.
-Tak po prostu uciekłeś?
-Myhym. Nie chciałbym być wścibski ale o co chodzi z tą umową między tobą a Jackiem?- znaleźliśmy ławeczkę na której kontynuowaliśmy rozmowę.
-Mam umowę z moim tatą a nie Jackiem. Za to że "chodzę" z synem jednego ze współpracowników ojca mogę wychodzić tylko z Jackiem który itak nie może się pokazywać bez potrzeby. Na szczęście nasz piękny związek kończy się za 2 dni i 4 godziny.
-Byłaś kiedyś gdzieś bez ochroniarza?
-Tylko w domu ale nawet tam nie zawsze.
-Czas to zmienić.Szybko biegasz?-Spojrzał na mnie z chytrym uśmieszkiem.
-Można tak powiedzieć... Dlaczego pytasz?
-Bo zabieram Cię na zwykły obiad w miejsce w którym napewno nie byłaś. Chodź.- Wstał i podał mi rękę delikatnie mnie podnosząc. Podążyłam za chłopakiem w stronę wyjścia z parku.- Ok, więc gdy dojdziemy do pierwszego zakrętu zaczynamy biec. Zgoda?
- A mam inne wyjście?- Odpowiedziałam z lekkim uśmiechem.
-Zawsze możesz uciec z krzykiem.
- Jednak wole iść z tobą.- Posłałam towarzyszowi ciepły uśmiech który odwzajemnił.
Po kilku minutach zgubiliśmy Jacka i byliśmy już sami. W pewnym momencie Justin zatrzymał mnie ręką.
-Jesteśmy już bardzo blisko ale chcę żeby to była niespodziaka. Zamknij oczy.- Wykonałam polecenie, czułam jego obecność bardzo blisko siebie i złapał mnie delikatnie za biodra przez co wzdrygnęłam się.- Spokojnie to tylko ja.- Powiedział tuż przy moim uchu. Lekko mnie popchnął abym poszła do przodu. Po chwili zatrzymaliśmy się.-Otwórz oczy.-Po otworzeniu oczu ujrzałam zwykłą budkę z szybkim jedzeniem i kilka plastikowych stolików.
-Dziękuję.-Wtuliłam się w chłopaka.
-Za co?
- Za uświadomienie mi że muszę żyć własnym życiem a nie być marionetką ojca.
- W takim razie proszę bardzo.-Powiedział po czym puściliśmy się i zamówiliśmy jedzenie. Z zamówieniami usiedliśmy do stolika.
-Chyba muszę Ci się do czegoś przyznać...
***Z perspektywy Justina***
-Tak?
-Bo ja... Jestem Beliber.-Gdy to powiedziała kamień spadł mi z serca.
-Abigale Braun nigdy więcej mnie tak nie strasz!- powiedziałem ze śmiechem.- Dlaczego byłaś taka spokojna jak mnie zobaczyłaś?
-Przecież też jesteś człowiekiem a nie kosmitą.
-Raczej robotem...
-Wiem że jest Ci z tym ciężko, ale pomyśl o tym co one muszą zrobić żeby zobaczyć Cię chociaż z odległości kilkudziesięciu metrów.
-Tą rozmowę raczej musimy przełożyć.-Powiedziałem spoglądając na zegarek.
-Dlaczego?- Widziałem jak jej przykro przez to.
-Przepraszam ale za 20 minut zaczynam ostatnią próbę przed jutrzejszym koncertem.
-No tak obowiązki...- serce mi się rozpadało widząc jej rozczarowanie.
- Chyba że chciałabyś pójść ze mną...